2010::3 2 1 2009::2008::2007::2006::2005::2004::
ame::damms::gun::new::pie::ruud::
[Księga gości]
Wyślij wiadomość




Następne::Poprzednie

29.09.2008 :: 21:58 Link Komentuj (0)

fleszbek w pigułce i kwestia zaczepna

Nie wiem dlaczego zawsze mam ochotę coś popisać w momencie, kiedy akurat nie mam fizycznej możliwości. Zazwyczaj jest to praca lub jak gdzieś się przemieszczam. Tudzież gdy zasypiam. W momencie natomiast, gdy siadam później do kompa w celu uzewnętrznienia się, coś się takiego dzieje, że mi się odechciewa. Nie wiem czy to kwestia samego kompa czy też doboru muzyki na przykład, ale no tak to jest. Nie wiem w zasadzie od czego zacząć, bo w sumie parę spraw się znajdzie do opowiedzenia. Zacznę może jednak od czegoś lżejszego i przyjemniejszego w odbiorze a mianowicie od urlopów i innych takich. Nie wiem co prawda o czym już wspominałem, a oczym nie, więc skupię się na największych wydarzeniach. Trzech.

Pierwsza sięga przełomu maja i kwietnia, kiedy to wybraliśmy się na pierwsze większe wakacje. O tyle przełomowe, że wypadły w sumie niedługo po naszym zejściu. Decyzja o nich była podejmowana na gorąco. Spędziliśmy niespełna dwa tygodnie w Hiszpanii, razem z dwoma znajomymi parami - jedną męską i jedną damską. Pierwsza pokazała "klasę" pełną gębą, ale szkoda klawiaturę strzepić na ten temat. Wyjazd generalnie był świetny. Wszystko to, co zrzuciliśmy (jeśli nie więcej) nadrobiliśmy jedzeniem i alkoholem w ilościach nieograniczonych. Całe szczęście, po powrocie udało się pozbyć kilogramów raz jeszcze.

Półtorej miesiąca po powrocie z Hiszpanii zmieniłem pracę. Generalnie rzecz ujmując, to miałem niezłego warta. Szedłem bowiem ulicą, gdy zobaczyłem ogłoszenie. Wszedłem od niechcenia, zapytałem i dostałem hihi. Już ponad dwa miesiące więc pracuję, jestem zadowolony (najlepsza moja praca dotychczas), a od października dostaję pierwszą podwyżkę. Kosmiczna kasa to to nie jest, ale i tak lepsza niż poprzednia. No i charakter pracy zupełnie inny - robię w końcu coś, co jako tako sprawia mi radość i daje jakąś satysfakcję. Zwłaszcza, gdy szefa nie ma i siedzę sobie sam, słuchając muzyki i robiąc sobie wszystko na spokojnie.

Ach, spraw będzie jednak więcej niż trzy, tak sobie właśnie przypomniałem. Jakoś na początku września, co jest kolejnym wydarzeniem, przy okazji wizyty w kraju, wpadł do nas znajomy serdeczny z NYC. Wizyta bardzo miła, aczkolwiek krótka. Po raz drugi doświadczyłem, jakich znajomych brakuje mi nie tylko na miejscu, ale i w ogóle. Szkoda tylko, że M. usunął przypadkowo jedyne fotki jakie miałem z tych dni. Muszę w końcu spróbować je odzyskać, może się uda. Przyjazd Nujorksityboja traktowałem też jako swego rodzaju rozgrzewkę przed powrotem na studia...

Po wizycie gościa zza granicy, czas przyszedł na kolejną wizytę za granicą, u gwiazdy jeszcze większej niż nasz współlokator. Madonna w Berlinie udowodniła po raz kolejny, że jest Gwiazdą i nie osiągnęła tego bynajmniej niezapłaconymi rachunkami w hotelu czy innymi grymasami. 50tys ludzi zgromadzonych w jednym miejscu by zobaczyć w sumie jedną osobę robi jednak wrażenie. Miejsca zdobyliśmy bardzo blisko, wszystko było widać, dookoła oczywiście pełno ciotek, pełno parek, nawet ciastek, a o Polakach to z przyzwoitości nie wspomnę. Support w postaci Robyn spełnił swoją rolę, gdyż rozruszał ludzi, a na koniec miło zaskoczyłem siebie i swoją ekipę, stwierdzając, że znam ostatni kawałek i mam jego świetną wersję klubową. Można w sumie zaryzykować stwierdzenie, że With Every Heartbeat wykonywany przez wspomnianą Szwedkę razem z Kleerup, w wersji Tong & Spoon Wonderland Remix zdominował naszą plejlistę po koncercie. Do obrzydzenia, dosłownie. Po koncercie noc spędzona - ze względu na brak funduszy - koniec miesiąca - na dworcu - jedno z gorszych, dla odmiany, przeżyć. Ale swój urok miało i miło będzie się wspominać.

Po Królowej Popu i niespełna miesiącu przerwy pojechaliśmy do Londynu odwiedzić następną Królową hihi. Co prawda jej nie zastaliśmy, ale zabawę przednią mieliśmy i bez niej. Ja się zakochałem - w architekturze i poczuciu rozumienia i bycia rozumianym przez ludzi dookoła. Ciekaw jestem, jakie wrażenie w takim razie zrobi na mnie Nowy Jork, który oczywiście jest nie tak znowu odległych planach. W Londku oczywiście osobną kwestią są Polacy. Bus na lotnisku - Polak, ciotka-recepcjonistka w hostelu - Polak, ludzie na dworcach - Polacy. W czejnstorze prowadzonym przez jakiegoś Turka do kupienia Tyskie i Paprykarz Szczeciński. Na środku ulicy - bilbord Tymbarka. Dziwne toto jakoś. Tak czy inaczej - no zakochałem się i utwierdziłem w swym postanowieniu zawodowym. Jestem ino rozdarty niczym ta sosna pomiędzy dwoma kulturami - Britisz i Amerikan. 'szal si.

Przy okazji tematów zawodowych - wracam na studia. W trybie co prawda niestacjonarnym, ale mój mózg (tak, mam coś takiego!) aż garnie się do intelektualnego wysiłku. Zajęcia zaczynam w piątek, a do dzisiaj nie mam planu - organizacja podobna do poprzedniej uczelni, ech.

A na koniec - nie byłbym sobą, gdybym trochę nie pomarudził hihi. Dobra, to nie będzie marudzenie ino luźna refleksja i kwestia zaczepna (która pewnie, jak to w większości przypadków bywa, zaczepi się o hmmm nico?) Tak się bowiem ostatnio zastanawiam, mając ochotę na jakieś kinky&pervy zachowania, czy można wyzbyć się hamulców będąc ze swoim facetem? Mógłbym tutaj na dobrą sprawę połączyć kilka wątków i przykładów i napisać na ten temat esej z ciekawą bibliografią nawet, ale nie o to chodzi. Znajdzie się z parę osób, które wiedzą, jakie klimaty mnie kręcą. Jedną z nich jest, ze względów w sumie oczywistych, M. I tak samo, jak lubię być przytulaśnym misiem-pysiem, lubię czasem coś mocniejszego, bardziej erotycznego i w sumie, to może sprośnego. Chodzi mi w sumie o rzecz nawet taką prostą i niewinną jak ciut ostrzejszy flirt, nie wiem jak to nazwać po polsku. W nocy - gdy się nad tym zastanawiałem (nomen omen po tym jak się ciut pogryźliśmy z M. i wyszedłem z klubu by nie zrobić jeszcze większej sceny) i rozmawiałem ze wspomnianym Americano - używałem określenia to talk dirty, a polskie świntuszyć jakoś mi nie leży. Tak więc chodzi choćby o takie "brudne gadanie" czyli nazywanie po prostu rzeczy po imieniu w rozmowie, która może, ale nie musi prowadzić do seksu. I ja np. lubię sobie tak porozmawiać. Moim problemem jest jednak towarzystwo do takich pogaduszek. Gdy w pewnych sytuacjach ktoś mnie zaczepia w taki sposób, to czuję się jakoś zawstydzony i zakłopotany, czuję jakieś poczucie winy (sic!) Z Mężem natomiast nie mam żadnych oporów poza jednym - jego własnymi. Dawno temu jednak sam się chwalił, że też tak potrafi i owszem, ino właśnie nie ze mną. Dlaczego?? Zasłonił się wtedy szacunkiem do mnie czy czymś podobnym. Ale co, jeśli ja lubię i chcę? Nie jest to przecież ujma na honorze czy dumie dla mnie ani dla nikogo innego. A kwestia tych innych, z którymi takie pogaduszki sobie ucinał, to osobna bajka. I tu właśnie ta kwestia zaczepna leży - dlaczego pewne rzeczy można robić z innymi (i nie chodzi bynajmniej o hobby ale sprawy dotyczące seksu i mu podobnych) ale nie można/nie chce się ze swym chłopem, mimo iż on by bardzo chciał? Czy jest to kwestia szczerości, upodobań czy szacunku? Może czegoś innego? Jeśli ktoś coś zrozumiał, to niech pomoże swym zdaniem. Nurtuje mnie to. Nie to, żeby coś było nie tak czy cóś, ale może być jeszcze lepiej, prawda?


 
     
 




lgbt.blog


Shatmach Gay Blog Top