|
ame::damms::gun::new::pie::ruud:: [Księga gości] Wyślij wiadomość ::Poprzednie 11.08.2009 :: 16:11 Link Komentuj (0) Dzisiaj mija pierwszy tydzień mojego rozpoczynającego się właśnie pobytu w Warszawie. Poprzednim razem, gdy zmieniałem miejsce zamieszkania trochę czasu mi zajęło zaklimatyzowanie się. Tym razem idzie mi chyba trochę lepiej i szybciej. Nie martwię się na razie żadną szkołą (jak to miało miejsce poprzednio – liceum) ani pracą. Sprzątam, gotuję, robię zakupy, a wolny czas popołudniowy spędzamy razem z M. Troszeczkę jednak boję się okolicznych ulic, bram i nieznanych ludzi. Jakaś taka zła sława sąsiedztwa zrobiła swoje, a dwóch „ziomków” napotkanych w biały dzień i zupełnie przy okazji dopełniło tylko złowrogi wizerunek. No, ale jak zwykle wyolbrzymiam i robię dramę ;) Mimo to nie mogę się jakoś tak zebrać na poznawanie nowego miasta. W sumie samemu to znikoma frajda z tego jest. 6 lat temu M. był znakomitym przewodnikiem i służył mi ogromną wiedzą na temat swojego rodzimego miasta, zaznajamiając mnie z różnymi ciekawostkami dotyczącymi naszej „wioski”. Z drugiej strony patrząc, rower byłby świetnym środkiem pozwalającym jednocześnie zająć się miastem jak i sobą, a przy okazji nawet zabić trochę czasu. Mamy tutaj nawet dwa, ale jakoś też mi się nie pali by sprawdzić chociaż czy są w 100% sprawne. Nieważne ;) Od poprzedniej notki minął znów prawie rok. Jakoś spisywanie wydarzeń idzie mi o wiele gorzej, gdy nic się nie dzieje. Może inaczej, bo dziać się trochę wydarzyło – gdy życie jest mniej tragiczne niż było w okresie rozkwitu moich blogów. A jak już przychodzi co do czego czyli walnę jakieś podsumowanie roku, to i tak nikt się nie zachwyca moimi wypocinami, więc i motywacji, poza własną nie ma ;P Choć muszę się przyznać, że z tym niepisaniem, to nie do końca prawda... W przypływie weny postanowiłem wrócić do formy bardziej tradycyjnej i parę razy udało mi się przelać w ilości dość pokaźnej myśli swoje na papier. Tak, tak, piórem, tuszem – elegancko. Przy następnej okazji może przepiszę poprzednią myślodsiewnię i wrzucę ją tutaj. Może będzie to jakiś element reaktywacyjny bloga? Bo najciekawsza w sumie część poprzedniego mojego pisania dotyczy seksu, więc jakby nie patrzeć jest ciekawsza niż to co u mnie słychać poza łóżkiem ;) A notatka taka będzie dobrym pretekstem by wprowadzić jakieś durne te kategorie tutaj, do których niekoniecznie wszyscy czytelnicy będą mieli dostęp, głównie ze względu na treści w notkach zawarte. Nie jest to najgorszy pomysł, zwłaszcza że robić i tak nie mam co. M. ma mi dzisiaj w pracy ściągnąć triale softu, który pozwoli mi stworzyć nową szatę graficzną (używam jego kompa, on z kolei nie używa takich programów, a poprzedni lejałt poszedł się jeb*ać bo szanowna Wirtualna Polska bez żadnego upomnienia wcześniejszego zlikwidowała moje konto FTP na którym znajdowały się... wszystkie moje strony internetowe :/ Ciekaw jestem, tak BTW, czy bez większych problemów przypomnę sobie jak się korzystało z edytorów HTML. Nie robiłem tego szmat czasu. Ale nabrałem na to ogromnej ochoty. Cały czas myślę co za grafikę zastosować, jakie kolory, szmery bajery. Ciekawe co z tego mi wyjdzie... (jeśli cokolwiek, oczywiście;) Wrażenia z nowego miasta i po części nowego życia mogą być dobrym tematem na nowe notatki, jakby nie patrzeć. Już teraz, siedząc przy biurku, które stoi pod oknem, czuję się prawie jak Carrie Bradshaw :D Szkoda tylko, że korzystam ze starego acera, nie MacBooka, a mieszkanie nie jest na Manhattanie. Jedno nas łączy – i jej i nasze mieszkanie nie jest apartamentem z Park Avenue ;) A teraz w wielkim skrócie, co wydarzyło się od ostatniej notatki, którą (jak dobrze pamiętam – nie mam jak sprawdzić na razie – drugi komp, na którym jest net, jest wyłączony i nie chce mi się go włączać) napisałem po powrocie z Londynu. Tak więc – fajna praca u fotografa, którą miałem, która dawała mi satysfakcję i niemałe pieniądze... poszła się jeb*ać. Pod koniec roku do naszej branży dotarł kryzys i niestety, ale z pod koniec stycznia stałem się bezrobotną ofiarą kryzysu. Po wielu awanturach, nerwach i nieprzespanych nocach byłem zmuszony wrócić do mojej „ulubionej” posady ciotki-kasjerki. W między czasie, miesiąc przed utratą pracy, zrezygnowałem ze studiów (tak, znowu, tym razem, dla odmiany, zaocznych, kierunek ten sam). Nie dawały mi satysfakcji a niechodzenie na zajęcia za dużo mnie kosztowało, dosłownie. Tak więc bez pracy musiałem jeszcze zapłacić za opuszczoną szkołę, bleh! No i jak zacząłem kasować, tak nie zmieniłem tego stanu do końca lipca. Nie podpisałem umowy na kolejny miesiąc, załatwiłem ostatnie sprawy (lekarza) tydzień temu no i jestem w Mieście Stołecznym Warszawie. Stolycę nomen omen w tak zwanym międzyczasie odwiedzałem kilkakrotnie „załatwiając” sobie nową pracę, która ma być spełnieniem moich marzeń zawodowych i hobbystycznych. Po dość skrupulatnie przeprowadzonym etapie rekrutacji podpisuję umowę 1ego września i zaczynam kilkumiesięczne szkolenie. Stąd moja obecność w Wawie. Wszystkich Was, którzy to czytają, proszę o nieustanne trzymanie kciuków, gdyż w trakcie kursu przydadzą mi się jeszcze bardziej niż wcześniej. Uczyć się będę co prawda rzeczy, które mnie interesują, ale każdy wie, że im więcej kciuków tym lepiej ;) Zdradzę jeszcze tylko, że po pomyślnym etapie kursu czekać mnie będzie kolejna przeprowadzka, gdyż w Warszawie będę się tylko szkolił. Miejsce przyszłej-ewentualnej pracy niech pozostanie owiane tajemnicą – kwestia mojego ogromnego lęku przed zapeszeniem, ale i nie tylko. Cofnijmy się na chwilę w czasie do września minionego roku, kiedy to w Berlinie byliśmy na koncercie Madonny... Tak, wiadomo o co chodzi. Podejrzewam, że temat ten jest poruszany na 99% pedalskich blogów odkąd tylko pojawił się w eterze ;) a częstotliwość ochów i achów może się jedynie zwiększać z każdym dniem, który przybliża nas do – moim skromnym zdaniem – największego wydarzenia muzycznego roku. Okazji nie możemy przepuścić oczywiście. Tak samo oczywistym jest fakt, że czujemy się zrobieni w chu*ja gdyż za cenę polskiej Golden Circle na Olympia Stadion mieliśmy płytę, ale była ona chociaż zaraz za GC, o :P Tak więc... Jako że raz już na trasie byliśmy i mimo całkiem sporych zmian w stosunku do poprzedniej (i dobrych i gorszych) nie poszaleliśmy na złoty deszcz... krąg znaczy się... i płytę znów wybraliśmy. Styka. Zwłaszcza, że Królowa z bliska to straszny nie cieszy ;) No, ale dość tego! Sobota – 15 sierpnia 2009 – Bemowo Airport – Madonna – Sticky & Sweet 2.0. Już tylko 4 dni. Nie szaleję tak jak poprzednio z podekscytowania, ale cieszę się bo koncert jest fajny. I wezmę ze sobą papierowe serduszko, niech się kobieta cieszy;) I na zakończenie – 2 tygodnie temu zrobiłem sobie pierwszy tatuaż. Na pewno nie ostatni, jako że zadowolony jestem bardzo:) |
||
|
|